Toyoty wraz ze skuterami i tut-tukami kształtują krajobraz drogowy Kambodży. Większość samochodów stanowią Camry różnych generacji
Wróciłam niedawno z Kambodży. Przemierzałam ją głównie autobusami, taksówkami i tuk-tukami (to są takie nowoczesne riksze, których kierowca jedzie na skuterze).

Tuk-tuki, czyli nowoczesne riksze są w Kambodży wszechobecne. Podróżowanie nimi jest raczej tanie
Pierwszym celem było oczywiście najpopularniejsze wśród turystów miejsce – Angkor Wat. Bardzo przydatne wskazówki, jak dostać się z Bangkoku do Siem Rap (kilka kilometrów od Angkoru), można znaleźć na stronie talesofasia.com, polecam każdemu, komu przyszłaby do głowy podobna eskapada.
Można oczywiście prościej – samolotem, bo w Siem Rap jest lotnisko, a azjatyckie lokalne linie lotnicze do drogich nie należą. Z tej możliwości korzysta wielu turystów z całego świata. Ale nie my. Nasza 4-osobowa grupa postanowiła zobaczyć kawałek prawdziwej Kambodży, która w ostatnich latach staje się coraz popularniejsza i bardziej przyjazna dla przybyszów z zewnątrz. Przyjeżdżają tu głównie Koreańczycy, Japończycy i Amerykanie, ale jest także sporo Europejczyków. Polaków spotkaliśmy tylko raz.
Do Kambodży weszliśmy z Tajlandii pieszo. Przejście przez granicę Tajlandii z Kambodżą to przygoda sama w sobie.

Kambodża wita. Przejście graniczne Aranyapathet-Poipet
Autobus z Bangkoku dowozi do miasta Aranyaprathet. Zaraz po wyjściu na przystanek opadła nas chmara kierowców tuk-tuków, którzy chcieli nas zawieźć ostatnich kilka kilometrów do granicy. Wybraliśmy dwóch, uzgodniliśmy (niewysoką) cenę i udaliśmy się w drogę. Tuż przed granicą tuk-tuki skręciły nagle w bok. O co chodzi? Tu mamy wyrobić wizę kambodżańską. Dlaczego tu? Bo tylko tu jest to możliwe. Nieprawda. Nie zgodziliśmy się na wypisywanie dokumentów w zaimprowizowanym pod strzechą „biurze turystycznym”. Zawieziono nas więc kilkaset metrów dalej do tzw. „konsulatu Kambodży”. Bardzo porządnie wygladająca betonowa budowla. Ostrzeżeni przez internet, że tu też nie powinniśmy załatwiać urzędowych spraw, stwierdzilismy, że mamy dość współpracy z tymi tuk-tukami. Dalej wybraliśmy się pieszo. Na szczęście nie było daleko. Wizę wyrobiliśmy na granicy – tu też próbowano od nas wyciągnąć dodatkowe (oprócz urzędowych 20 dolarów amerykańskich) pieniądze, ale po targach skończyło się na 100 tajlandzkich bathach od osoby (równowartość ok. 9 zł). To nieźle, bo zaczynaliśmy od 1000.
Dalej było już łatwiej i przyjaźniej. Od granicy autobus przewozi przyjezdnych – bezpłatnie – na „dworzec taksówkowy”. Biznes wygląda tak: wykupuje się „bilet” na taksówkę do Siem Rap – 12 dolarów od osoby. Dolar amerykański jest tu oficjalnie używaną walutą – obok kambodżańskiego riela. Taksówki – oczywiście Toyoty Camry – jeżdżą na gaz.

Taksówki (oczywiście Toyoty Camry) jeżdżą na gaz
Podwożą pod wybrany hotel, więc odpada błądzenie po mieście, które pod napływem turystów bardzo się rozrasta.

Ulica w Siem Rap, mieście nieopodal słynnych świątyń Angkoru

Toyoty jak okiem sięgnąć
Toyoty można tu spotkać wszędzie. Na przykład przed nowoczesnym bankiem.

Nawierzchnia ulicy jeszcze nie całkiem współczesna, ale bank, owszem, na światowym poziomie
Albo przy targowisku, którego klimat nie zmienił się pewnie od wieków.

Nie zawsze musi być Camry

Pikapy to także częsty widok w Kambodży. Najczęściej spotyka się Toyoty Hilux
Kambodżanie pokochali także skutery. Jest ich tu cała masa.

Jeśli nie Toyota, to skuter
Najczęściej spotykane marki to Honda i Suzuki.

Jednoślady są tu bardzo popularne
Porusza się nimi nie tylko młodzież, lecz także starsi ludzie – mężczyźni, kobiety, nierzadko w towarzystwie dzieci.

Rodzinne podróżowanie skuterem
Mają one tę dodatkową zaletę, że można je łatwo naprawić.

Warsztat szybkich napraw
Najmłodsi wybierają jeszcze inny środek lokomocji.

Rower to dla wielu kambodżańskich dzieci niezastąpiony środek transportu
W Kambodży jest niewiele dróg, ale te główne – łączące największe miasta – mają standard lepszy, niż się spodziewaliśmy. Droga od granicy do Siem Rap została oddana do użytku w maju br. – na szczęście dla nas, bo w porze deszczowej (która przypada na nasze lato i jesień) wcześniej samochody potrafiły utknąć w wodzie. Teraz jest całkiem komfortowo. Zycie toczy się tu często przy drodze. Ludzie pracują, handlują, gotują, jedzą i odpoczywają tuż przy szlaku komunikacyjnym. Tak to wygląda na wsi.

Praca na polu ryżowym

Typowe wiejskie domostwo w okolicach Siem Rap

Kuchnia z charakterystycznym paleniskiem przy drodze
Ale takie obrazki spotyka się także w mieście.

Życie na ulicy Phnom Penh
W przydrożnym fast-foodzie menu trochę inne od europejskiego. Miejscowi mówili nam, że gdybyśmy trochę dłużej zostali w Kambodży, przekonalibyśmy się do tamtejszych przysmaków.

Smażone owady z warzywami dla wygłodniałych podróżnych
Ruch na drogach jest niezbyt duży z wyjątkiem Phnom Penh. Stolica Kambodży to nisko zabudowane miasto z postkolonialną architekturą. Jest w nim wyraźnie wszystkiego więcej: domów, ulic, ludzi, samochodów, tuk-tuków, skuterów i rowerów. Drogi krzyżują się często bez sygnalizacji świetlnej, pojazdy jadą wszystkie jednocześnie, ludzie przechodzą przez jezdnię w najbardziej niespodziewany sposób i nie ma wypadków ani nawet stłuczek. Tajemnicą pozostaje dla mnie, jak oni to robią. Sama, przechodząc przez jezdnię w tłumie samochodów i skuterów, miałam duszę na ramieniu.

Phnom Penh: szersze ulice, więcej samochodów jadących na skrzyżowaniu z wszystkich kierunków równocześnie
W Phnom Penh spotkaliśmy także klasyczne riksze, napędzane siłą mięśni rowerzysty. Mojej córce ten środek transportu bardzo się spodobał.

Tradycyjna riksza w stolicy Kambodży

Spotkanie riksz i tuk-tuków przy targu w Phnom Penh

Obecność mnichów buddyjskich jest tu stałym i barwnym elementem życia
Kambodża warta jest wizyty zwłaszcza teraz, kiedy stała się bezpieczna zarówno dla przybyszów z zewnątrz, jak i dla własnych obywateli. Ludzie – choć w niedawnej przeszłości doznali wyjątkowego okrucieństwa – są tu nadzwyczaj przyjaźni i nie traktują turystów jak niewyczerpanego źródła łatwego zarobku, jak to się zdarza w innych egzotycznych miejscach. Warto odwiedzić ich teraz z jeszcze jednego powodu: kraj szybko się rozwija i niedługo straci na pewno sporo z pierwotnego piękna.